(c.d. tematu, który ciągnie się bez końca...) Mam wrażenie, że pod koniec była wściekła. Nie tylko na chorobę, która odebrała jej wolność, jakąkolwiek możliwość decydowania o sobie, lecz także na Boga, który jej to "zrobił". Wiem... zrobiła to sobie sama. Jednak wydaje mi się, że zawierzyła Mu tak bardzo, iż oczekiwała, że ją uchroni, da jakiś znak w porę, a ona zdoła go odczytać. A, kiedy choroba rozkręciła się już na dobre, że uratuje ją... mimo wszystko. 

Niestety każde kolejne badanie, czy zabieg dawały nam wciąż jasno do zrozumienia, że nie jest dobrze. Dodatkowo byliśmy na jednym z kolejnych zakrętów pandemii. Szczepiono na potęgę, szczepionką, która nie była do końca sprawdzona i nikt mi teraz nie wmówi już, że było inaczej. Wtedy byłam na przegranej pozycji. Ciężko się o tym rozmawiało, trudno było kogokolwiek przekonać, że nieszczepienie się, nie oznacza ciemnoty, lecz świadomość, bądź indywidualny wybór, do którego każdy ma prawo.

Teraz mogę powiedzieć wprost, że na maksa mnie wkurwiało, że szczepiono moją Mamę, mimo iż była już tak bardzo osłabiona przez chorobę. Dlaczego do tej pory szczepiło się tylko ludzi zdrowych? Nawet lekki katar był nieraz przeciwskazaniem i odsyłano delikwenta z kwitkiem, do wyzdrowienia. Nagle nie było ŻADNYCH przeciwskazań. Rak w przedostatnim stadium? Szczepimy! Rekonwalescencja po rozległej operacji? Szczepimy! Jedna dawka, dwie, trzy, cztery! Chorowała miesiąc wcześniej? Siedziała na kwarantannie? Tak. Ale to nieważne, kładzie się do szpitala, więc... szczepimy! Dowalmy schorowanemu ciału, obciążmy je dodatkowo kolejną dawką patogenu, niech się panoszy. Nieważne konsekwencje, trzeba szczepić i koniec!

Tak, mam olbrzymi żal do większości lekarzy, którzy "leczyli" moją mamę. Jak to możliwe, że osoba będąca pod stałą opieką lekarską, chodząca regularnie na badania krwi i inne, nie została skierowana na badanie, które z pewnością uratowałoby jej życie, a na pewno je znacznie wydłużyło i oszczędziło ogromu cierpienia? Dlaczego w chwili, kiedy rozpoczęła się pandemia, skończyła się diagnostyka i rzetelność? Zamiast tego, wszystkich wrzucono do jednego wora...

Pamiętam styczeń 2020. Mama, tuż przed swoimi urodzinami, zrobiła sobie badania krwi, na które została skierowana przez lekarza rodzinnego, ze względu na notoryczne osłabienie, problemy ze snem itp. Wyniki miała złe. Jednak na świecie już mówiło się o pierwszym, drugim i n-tym przypadku. Już skupiano się wyłącznie na covidzie, co też udzieliło się naszej służbie zdrowia. Nikt nie skierował mamy na dodatkowe badania, nikt nie zasugerował, że może warto by było zajrzeć do środka, wgłąb jej ciała, gdzie panoszył się on...

Dopuszczam do siebie, rzecz jasna, myśl, że mogła nam nie powiedzieć, nawet jeśli pojawiła się sugestia dalszej diagnostyki. Mogła nie "poprosić" o żadne badanie ze względu na strach, który udzielił się całemu światu. Jednak wiem też, że gdyby pojawił się zdecydowany nacisk ze strony lekarza, gdyby dostała w twarz prawdę o tym, co może jej dolegać, to mimo wirusa i wszystkich niepewności z nim związanych, zrobiłaby to. Poszłaby na dodatkowe badania, czy położyła się do szpitala mając świadomość, że to nie są żarty, że to jest jej "albo - albo". Niestety, nikt nie skupiał się wtedy na takich "przypadkach":/

Gdyby wtedy covidowe szaleństwo nie przysłoniło wszystkim jasności widzenia, Mama mogłaby być teraz nadal razem z nami. Rok później wykryto nowotwór, który przez dwanaście miesięcy rozrastał się w najlepsze, dokarmiany pandemicznym stresem, a potem podkręcany przez wirusa i szczepienia.

Wszystko rozumiem, naprawdę. Lekarze też nie wiedzieli, też działali po omacku, ale, na litość boską!, dlaczego teraz coraz częściej słyszę od znajomych opowieści w stylu: "Nigdy wcześniej nie chorowałem tak często, teraz co chwilę mam jakąś infekcję." "Jestem osłabiona strasznie przy każdym przeziębieniu, mam wysoką temperaturę, co mi się wcześniej nie zdarzało." A zza biurka w gabinecie lekarskim nie raz pada pytanie:
- Szczepił się pani? Szczepiła się pan?
- Tak.
- No to już pani/pan wie dlaczego.

Albo... nasza ponad dziewięćdziesięcioletnia babcia trafia po udarze do szpitala. Kiedy ją odbieramy, siostra opowiada lekarce o naszej mamie, która zmarła cztery miesiące przed tym, i mówi, jak nam ciężko i, że udar babci dodatkowo nam dowalił, lecz ona nadal żyje, nawet to przeżyła, po raz kolejny i ma się całkiem dobrze, co nas niezmiernie cieszy, lecz nie zmienia faktu, że jej córki już nie ma i, jak to jest w tym życiu dziwnie. A pani doktor pełniąca dyżur w szpitalu, dokonująca właśnie wypisu, rzuca jej przenikliwe spojrzenie i pyta:
- Czy babcia była szczepiona? 
- Nie.
- A mama?
- Tak. Tuż przed pierwszą operacją i potem też...
- To już pani wie, dlaczego.

Nosz ***** ***!

Muzyczka do Kawki:
https://www.youtube.com/watch?v=oDlX9zszEmI&ab_channel=MadeInAnarchy

29 marca 2024r.